Opowiem ci mroczną historię

1.

Brzmienie głosu w słuchawce wskazywało na to, że moim rozmówcą jest mężczyzna w podeszłym wieku. Mówił chrapliwie i niewyraźnie, z trudem artykułując poszczególne wyrazy, które co chwila przeplatał przerwami na świszczące zaczerpnięcie płytkiego oddechu.

Początkowo nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ale gdy powtórzył po raz drugi, zapytałem niepewnie:

- Czy dobrze rozumiem, że chce pan, abym przyjechał do pana w związku z konkursem dla czytelników naszego pisma?

Potwierdził w sposób, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. Gdyby nie mój szacunek dla starszej osoby, w tym momencie nasza rozmowa zapewne by się zakończyła.

- Niestety, przykro mi, ale reguły są inne – zacząłem tłumaczyć jak małemu dziecku. – Osoby biorące udział w zabawie przygotowują teksty i przysyłają je pocztą na adres naszej redakcji.

Przez dłuższy czas słyszałem tylko ciężki oddech.

„Tylko mi tam nie umrzyjcie, dziadku” – pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem. Kiedy teraz wracam do tej pierwszej naszej rozmowy, wcale już nie wydaje mi się to zabawne.

Wreszcie odchrząknął i powiedział:

- Właśnie chodzi o to, że ja nie chcę brać udziału. Chcę tylko z panem porozmawiać, bo to zdaje się pan wymyślił temat. „Mroczne historie”, prawda? - W słuchawce zarzęził suchy kaszel. Gdy po kilkunastu sekundach ustał, odparłem:

- Owszem, ale biorąc pod uwagę profil miesięcznika „Twoje Medium”, nie widzę w tym temacie niczego dziwnego.

- Niech pan przyjedzie – upierał się. – Wtedy panu wszystko wytłumaczę.

- Obawiam się, że…

- Ja się nazywam Adolf Krawczyk. – Przerwał mi w pół słowa. – Proszę sobie zapisać adres… tak na wszelki wypadek. Może jednak zmieni pan zdanie.

Poszukałem jakiejś kartki, dla świętego spokoju, z przekonaniem, że za chwilę i tak wyląduje w koszu.

*

Był to okres moich ostatnich przygotowań do generalnego remontu mieszkania. W planach było malowanie, wymiana większości mebli i spektakularna rewolucja w łazience. Zamierzałem też pozbyć się drewnianych, przeciekających już gdzieniegdzie podczas większego deszczu okien dachowych i tu właśnie był największy problem – stare lukarny były zwieńczone trójkątnie, więc nowe, plastikowe, trzeba było specjalnie zamówić u producenta

Prawie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Ekipa fachowców, którą już wcześniej zarezerwowałem, właśnie kończyła robotę i lada dzień miała zamienić obszar działania na moje M-3 na poddaszu, a – jak na złość – zlecenie na produkcję nietypowych okien było realizowane przez co najmniej cztery tygodnie. Był jednak jeden wyjątek – niewielka firma położona w oddalonym o niecałe dwie godziny drogi samochodem Rykowie, która reklamowała się w prasie najkrótszym, trwającym nawet mniej niż dziesięć dni czasem oczekiwania.

Kiedy spojrzałem na nabazgrany niedbale na kartce adres, a później sprawdziłem lokalizację Domu Spokojnej Starości „Irys” w miejscowości Ryków Górny, plan działania miałem już gotowy. Jeszcze tego samego dnia zameldowałem Naczelnemu, że nazajutrz udaję się w teren, by zrobić wywiad, który rzuci na kolana pół zakochanej w historiach nie z tej ziemi Polski. Bardzo się ucieszył.

Ja chyba jeszcze bardziej, ponieważ przed remontowymi zmaganiami każdy zaoszczędzony dzień urlopu był dla mnie na wagę złota.

2.

Następnego dnia w południe siedziałem na niewielkim rynku, otoczonym rachitycznymi drzewami i burymi, sypiącymi się kamieniczkami, które świetność dawno miały już za sobą. Życie w centrum powiatowego Rykowa toczyło się z werwą charakterystyczną dla żwawego nieboszczyka.

W garści ściskałem puszkę coli. Pomimo że napój z każdą chwilą stawał się coraz cieplejszy i bardziej paskudny, nie potrafiłem radzić z nim sobie szybciej. Senne otoczenie, reprezentowane godnie przez sunących noga za nogą lub grupujących się na podobnych do mojej ławeczkach emerytów, działało na mnie hipnotycznie. Znalazłem się w miejscu, gdzie niczego nie wypada robić szybko.

Nie dopiłem coli nawet do połowy. Poszukałem wzrokiem kosza na śmieci i dostojnym krokiem pomaszerowałem w jego stronę. Sądząc po papierach i butelkach malowniczo rozrzuconych na zaniedbanych skrawkach zieleni, sztuka celnego trafienia do metalowego pojemnika nie cieszyła się w Rykowie jakąś szaloną popularnością. Gdy dźwięk uderzającej o metal puszki poniósł się echem po okolicy, miasteczko na chwilę zamarło, a wszyscy obecni na rynku, włącznie z umundurowanym strażnikiem miejskim, który na skraju chodnika właśnie wypisywał mandat za nieprzepisowe parkowanie, odwrócili głowy w moją stronę. Zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie ja będę następnym ukaranym, ale miejscowy stróż prawa i sprawiedliwości po chwili stracił mną zainteresowanie. Po chwili jednak zaabsorbowałem jego uwagę ponownie. Tym razem pytaniem o położony gdzieś w okolicy dom spokojnej starości o nazwie „Irys”. Zanim dotarło do funkcjonariusza o co mi chodzi, wyglądał na nieźle przestraszonego.

Sprawy związane z zamówieniem okien udało mi się załatwić już wcześniej i to w niepasującym do tego miejsca, ekspresowym tempie. Właściciel firmy o nazwie „ONZ” okazał się nie w ciemię bitym jegomościem około sześćdziesiątki, który nie zamierzał wypuścić z rąk okazji w postaci niespodziewanego zamówienia. Udało mi się uzyskać obietnicę, że zlecenie zostanie zrealizowane w terminie ośmiu dni, a dodatkowo otrzymałem pięcioprocentowy rabat. Jedyne, co nie zostało jeszcze ostatecznie uzgodnione, to sposób dostawy moich nowych Okien Na Zamówienie. Gdy jednak w ponurych okolicznościach zapyziałego ryneczku oczekiwałem na odpowiedź funkcjonariusza, w mgnieniu oka powziąłem decyzję, że zlecę nieco droższy, ale niewiążący się z koniecznością ponownej wizyty w Rykowie, transport zorganizowany przez producenta.

- Irys, irys… - zadumał się, po czym zdjął czapkę z daszkiem, schował bloczek mandatowy pod pachę przepoconej koszuli i uwolnioną w ten sposób ręką podrapał się w lśniącą wilgocią, purpurową od czerwcowego upału łysinę. – A nie chodzi panu czasem o zakład pogrzebowy? Mamy tu taki…

- Nie, nie chodzi mi o zakład pogrzebowy – przerwałem, nie dbając o konwenanse. Zależało mi na jak najszybszym opuszczeniu tego miejsca, a na dodatek ociężały nie tylko fizycznie strażnik nie wyglądał na osobę, z którą miałbym ochotę wdawać się dłuższą konwersację. – Chodzi mi o dom starców w Rykowie Górnym, panie władzo.

Jego mętne dotąd oczy pojaśniały.

- A, to trzeba było tak od razu, że w Górnym! – ucieszył się i poinformował mnie mi w kilku zdaniach, w którym kierunku powinienem się udać.

*

Wyjeżdżając z kwadratowego ryneczku, miałem poważne wątpliwości, czy aby na pewno drogą będzie tak prosta, jak zapewniał funkcjonariusz. Obawy znacząco się zmniejszyły, gdy po przebyciu kilkuset metrów od wyjazdu z miasta, dostrzegłem zieloną tablicę z napisem Ryków Górny. Wciąż jednak miałem w pamięci ostatni, pomalowany na ostry fiolet, parterowy budynek większej miejscowości, który dowodził, że miejscowy szeryf nie pomylił się również w innej kwestii.

Od dłuższego czasu wlokłem się za konduktem żałobnym złożonym z karawanu i byle jak ułożonej na nim trumny. Czarne auto, wyjeżdżające z bramy przy fioletowym zakładzie pogrzebowym „Irys”, praktycznie zajechało mi drogę, więc, pamiętając o wpajanych mi w dzieciństwie zabobonach, nie zdecydowałem się na wyprzedzenie ponurej limuzyny.

O tym, że patrzenie przez szybę samochodu na żałobny kondukt także może sprowadzić nieszczęście zapomniałem na amen. Być może dlatego, że zastanawiałem się wtedy, jak często pensjonariusze Domu Spokojnej Starości „Irys” odwiedzają sąsiednią mieścinę i jakie refleksje przychodzą im do głowy, gdy spoglądają w stronę zakładu pogrzebowego o dobrze im znanej nazwie.

Karawan zatrzymał się wreszcie przy niewysokim cmentarnym murku zabezpieczonym niedbale od góry zbutwiałym gontem. Z auta wysiadło kilku łapiduchów w biało-czarnych uniformach, którzy z łatwością zdjęli trumnę i bez zbędnych ceregieli zniknęli z nią za zardzewiałą, metalową bramą. Takiego pogrzebu nie zdarzyło mi się jeszcze oglądać – żadnych kwiatów, żadnej bardziej lub mniej pogrążonej w smutku rodziny żegnającej ciało zmarłego (lub zmarłej), nie dostrzegłem też nigdzie księdza. Mimo dość intrygujących okoliczności, dających nadzieję na nietuzinkowy felieton, zdusiłem w sobie niezdrową ciekawość i pokusę dalszego uczestnictwa w ponurej uroczystości, by możliwie najszybciej mieć za sobą spotkanie z Krawczykiem. Byłem podenerwowany jak przed wizytą u dentysty, a mało przyjemne sprawy od kiedy pamiętam zwykłem załatwiać szybko i bez niepotrzebnej zwłoki.

Ponieważ strażnik wspomniał, że dom starców położony jest niemal naprzeciw cmentarza, zdawałem sobie sprawę, że jestem już właściwie u celu. I faktycznie – po lewej stronie drogi dostrzegłem coś w rodzaju rozległego parku, otoczonego identycznym murkiem jak ten widziany przed chwilą. Zardzewiała brama również była bliźniaczo podobna, a ponieważ nie widniały przy niej zakazy dotyczące wjazdu na teren ośrodka, po chwili zmierzałem szeroką aleją starych drzew w kierunku majaczącego w oddali piętrowego budynku, który wyglądał na niewielki pałacyk.

Im byłem bliżej, tym więcej osób mijałem. Siedzący na leżakach, ławkach lub wsparci o rozklekotane balkoniki pensjonariusze, przypominający bardziej zjawy, niż ludzi z krwi i kości, przypatrywali się mojej ciemnoniebieskiej toyocie z nieufnością, kto wie? – może nawet obawą. Najwidoczniej obcy samochód był tutaj rzadkością, a krewni podopiecznych ośrodka rzadko fatygowali się, by odwiedzić swoich leciwych i nikomu już niepotrzebnych bliskich.

Być może otaczający to miejsce mur sprawił, że mimowolnie przyszło mi na myśl określenie „cmentarny przedsionek” i stwierdziłem, że jednak wolałbym w tym czasie uczestniczyć w tamtym pogrzebie, niż przemieszczać się pomiędzy ciałami zakwalifikowanymi przez nieubłaganego selekcjonera do rychłej wycieczki na drugą stronę drogi; byłem jednak już zbyt blisko celu, by teraz nagle się wycofać.

Zaparkowałem niedaleko ukrytego za dwiema parami kolumn wejścia do budynku, zauważając jednocześnie bez większego zdziwienia, że lata świetności, podobnie jak kamieniczki otaczające rynek pobliskiego miasteczka, ma on już dawno za sobą.

Drewniane drzwi pałacyku otwarte były na oścież i już z odległości kilku metrów wyczułem ostry, zionący z korytarza zaduch. Natychmiast po przekroczeniu progu, gdy oczy z trudem przyzwyczajały się do panującego wewnątrz półmroku, zawładnęła mną trudna do przezwyciężenia pokusa, by uciec z tego miejsca jak najszybciej. Smród odleżyn, przywodzący na myśl rozkładające się ciało, przemieszany z odorem zaschniętego moczu sprawiał, że zabrakło mi tchu, a śniadanie w jednej sekundzie wykupiło bilet na ekspres w drogę powrotną, wiedziałem jednak, że jeśli wyjdę, nigdy więcej nie zdecyduję się na ponowienie próby, dlatego wstrzymując oddech ruszyłem naprzód.

Po pokonaniu kilku schodków znalazłem się na skąpo rozjaśnionym świetlówkami, szerokim korytarzu. Niektóre z drzwi prowadzących do położonych po obu jego stronach pomieszczeń były otwarte, dzięki czemu zaduch wydawał się nie być już tak dławiący, jak wąskim gardle prowadzącym na zewnątrz.

Z jednego z pokojów wyszła młoda, ubrana na biało kobieta z basenem sanitarnym w ręku i skierowała się w moją stronę. Gdybym jej nie zaczepił, minęłaby mnie bez słowa.

- Przepraszam bardzo, gdzie znajdę pana Adolfa Krawczyka?

Przystanęła, jej brwi powędrowały do góry, a wyraz twarzy dopełnił tylko obrazu bezgranicznego zdziwienia.

- Na pewno chodzi panu o pana Adolfa? Nikt nigdy do niego nie…

- Tak, na pewno.

Zastanowiła się przez moment i po sprawdzeniu godziny na ściennym zegarze wymieniła numer drzwi, wskazując jednocześnie kierunek.

- A może wyszedł na dwór? – Wiele bym dał, żeby tak właśnie było.

- Nie, pan Adolf raczej nie wychodzi – natychmiast rozwiała moje nadzieje i po chwili już jej nie było.

Musiałem udać się w stronę, z której przyszła, jednak postanowiłem odczekać kilkadziesiąt sekund, aż woń odchodów nieco zelżeje. W międzyczasie naszła mnie refleksja, że najprawdopodobniej starszy pan zamarzył o czyichś odwiedzinach i w prosty sposób znalazł nietęgiego frajera.

Gdy uznałem, że droga nieco się przewietrzyła, ruszyłem przed siebie, modląc się, aby dziewiętnastka nie była numerem pomieszczenia, z którego wracała pielęgniarka.

I faktycznie, przedostatni po lewej stronie korytarza pokój był o wiele dalej. Dotarłem do niego, starając się nie rozglądać na boki, by nie zobaczyć czegoś, o czym mógłbym później śnić po nocach lub rozmyślać, gdy nawiedzą mnie ponure myśli o zbliżającej się nieuchronnie starości.

Pomalowane jasnozieloną olejną farbą drzwi oznaczone dziewiętnastką jako jedne z nielicznych pozostawały zamknięte, co nie wróżyło najlepiej, niemniej jednak, skoro już tyle przeszedłem, nie pozostało mi nic innego, niż kontynuować tę wątpliwej jakości przygodę.

„Nadchodzę, cwany staruszku” – pomyślałem, a potem zaczerpnąłem głęboko powietrza i mocno zastukałem.

3.

(…)

Pełny tekst
Opowiadania
Opowiem ci mroczną historię
znajdziecie Państwo
w
antologii
grozy pisarzy polskich i
zagranicznych
13 RAN







Data premiery:
30 października 2012
Wydawnictwo:
Replika
Ilość
stron:
376