Retrowizje

Pani Ewie Murawskiej,

z podziękowaniem za wsparcie Fundacji Pomocy Dzieciom Tybetu „Nyatri”

1.

Styczeń 2002

– Gdyby mnie tu zobaczył któryś z twoich przełożonych… – odezwałem się, przerywając ciężkie, przygnębiające milczenie – chyba miałbyś spore nieprzyjemności?

– Nawet nie chcę o tym myśleć – odparł. – Długo się wahałem, ale Ewa bardzo prosiła o spotkanie z tobą. Musicie to załatwić jak najszybciej, naprawdę dużo ryzykuję…

– Dobrze. Jak długo będziemy jeszcze czekać?

– Zaraz powinni ją przyprowadzić.

Staliśmy obok siebie, zaglądając przez weneckie lustro do pokoju, w którym znajdował się obskurny stół i kilka przypadkowo porozstawianych krzeseł.

– Będziesz tutaj podczas naszej rozmowy? – spytałem.

– Od czasu do czasu, ale nie będę was słyszał. Ewa ma coś do powiedzenia tylko tobie. Wcześniej konsekwentnie odmawiała zeznań odnośnie motywu. Nie wiem, o co chodzi, ale ze względu na naszą przyjaźń uznałem, że zrobię wszystko, co może jej pomóc w tej sytuacji. Chciała się widzieć z tobą, więc…

– Bardzo ci dziękuję, również w jej imieniu.

– Daj spokój.

Sławek sięgnął po kolejnego papierosa. Gdy podnosił go do ust, zauważyłem, że jego ręka drży. Pierwszy raz widziałem go tak zdenerwowanego. A znaliśmy się przecież od dziecka.

Wszyscy troje mieszkaliśmy w jednym bloku i przez całą podstawówkę chodziliśmy do tej samej klasy, stanowiąc naprawdę zgraną paczkę. Przed laty wzajemnie wyciągaliśmy się z tarapatów i moja wizyta na komendzie świadczyła o tym, że w tej kwestii niewiele się zmieniło. Sławek zaraz po średniej szkole wstąpił do policji, by uniknąć wojska. Spodobało mu się i już od ponad dziesięciu lat pracował w dochodzeniówce. Mieszkał teraz na wsi, w domu odziedziczonym po rodzicach, ale wciąż spotykaliśmy się we trójkę przynajmniej kilka razy w roku. Oczywiście, nigdy w takich okolicznościach.

Drzwi do pokoju otworzyły się i zobaczyliśmy, jak rosły policjant wprowadza ją do pomieszczenia. Przy barczystym mundurowym wydawała się jeszcze bardziej filigranowa, niż była w rzeczywistości. Usiadła przy stole, a funkcjonariusz spojrzał znacząco w naszą stronę, skinął lekko głową i wyszedł, zostawiając Ewę samą.

– Macie najwyżej piętnaście minut – powiedział Sławek.

Jeszcze przez dłuższą chwilę przyglądałem się kobiecie, którą – jak mi się zdawało – tak dobrze znałem. Na jej drobnej twarzy widać było zmęczenie, lecz siedziała wyprostowana, z podniesioną głową. W pewnym momencie spojrzała prosto w moje oczy i uśmiechnęła się delikatnie.

– Jesteś pewien, że nas nie widzi? – zapytałem zmieszany i przesunąłem się o kilka kroków w prawo.

Nie poruszyła się ani odrobinę, tylko podążyła za mną wzrokiem.

– Nie wygłupiaj się – odparł. – Przecież ona może zobaczyć tam tylko siebie w lustrze.

– Cieszę się, że przyszedłeś, Mirku. – Drgnąłem, gdy usłyszałem jej cichy głos. – Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

*

Wychodząc z komendy, byłem kompletnie przybity.

Przed spotkaniem z Ewą znałem jedynie kilka suchych faktów, które Sławek przekazał mi podczas krótkiej rozmowy telefonicznej. Gdybym z nim wtedy nie rozmawiał, sądziłbym, że to jakiś koszmarny żart. Przez dłuższy czas po odłożeniu słuchawki nie mogłem dojść do siebie, aż wreszcie uznałem, że przecież musi istnieć jakieś w miarę rozsądne wytłumaczenie. Z tą nadzieją oczekiwałem spotkania, przekonując się w duchu, że to, co Ewa ma do powiedzenia tylko mnie, pozwoli mi cokolwiek zrozumieć.

I rzeczywiście, dokładnie tak się stało, tyle że teraz czułem się o wiele gorzej. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie ja jestem głównym winowajcą.

Na pogrążonym w ciemnościach parkingu znalazłem swojego granatowego passata, włączyłem silnik i przez długi czas wpatrywałem się tępo w niebiesko-białą tablicę z napisem „POLICJA”. Wreszcie nie wytrzymałem i rozpłakałem się jak dziecko.

2.

Ewa mieszkała na drugim piętrze, o dwie kondygnacje niżej ode mnie. Sprowadziła się do naszego bloku, gdy byłem przedszkolakiem. Uważałem wtedy – jak zresztą wszyscy moi kumple – że wszystkie dziewczyny są „głupie i beznadziejne”, a w dodatku w ogóle nie da się z nimi bawić. Pewnego dnia – samemu rudno mi było w to uwierzyć – owo święte i niepodlegające dyskusji przekonanie legło w gruzach.

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa, lecz tamtą chwilę, gdy przedszkolanka wprowadziła do sali i przedstawiła nam „nową koleżankę, która od dziś będzie w naszej grupie”, przez te wszystkie lata miałem przed oczyma tak wyraźnie, jakby całe zdarzenie rozegrało się ledwie kilka dni wcześniej.

Nie była to dla żadna atrakcja, że dołączył do nas ktoś nowy. Wszystko przez rozbudowującą się w pobliżu fabrykę sprzętu gospodarstwa domowego, zatrudniającą coraz więcej pracowników. Sprowadzali się całymi rodzinami, więc i dzieci w przedszkolu było z roku na rok coraz więcej. Jednak kiedy popatrzyłem na niewielką nawet jak na swój wiek dziewczynkę, byłem bardzo zdziwiony.

Zwykle podobne sceny wyglądały w ten sposób, że nowi płakali albo przynajmniej podświadomie starali się trochę schować za opiekunką grupy, natomiast ta dziewczynka zachowywała się zupełnie inaczej. Podeszła kilka kroków w naszą stronę i, zatrzymując się mniej więcej w połowie drogi, przelotnie przebiegła wzrokiem po naszych twarzach:

– Cześć. Nazywam się Ewa Murawska – powiedziała wyraźnie, głosem, w którym nie słychać było nawet cienia tremy

Wpatrywaliśmy się w jej wielkie zielone oczy i okrągłą buzię, otoczoną czarnymi jak smoła włosami, związanymi w mysie ogonki jaskrawoczerwonymi cienkimi wstążeczkami. Nikt z nas nie odpowiedział nawet słówkiem. Wyglądało na to, że po raz pierwszy nowo przybyła osoba nas się nie boi. Mało tego, nasze milczenie mogło świadczyć o tym, że jest dokładnie odwrotnie.

Wzruszyła lekko ramionami, jakby miała do czynienia z bandą głupków i odwróciła się z bezradną miną w stronę przedszkolanki.

Później wszystko wyglądało niby tak, jak zazwyczaj. My z chłopakami bawiliśmy się w swoim gronie, a dziewczyny zajęte były sobą i jakimiś głupimi lalkami. Ewa trzymała się nieco na uboczu, jednak od czasu do czasu zagadywała do którejś z koleżanek, a potem żywo o czymś rozprawiały. Jak to „baby”.

Zabawa jakoś nam się nie kleiła, ponieważ nie tylko ja często spoglądałem z zainteresowaniem w stronę dziewczyn. Wreszcie Waldeczek (tak nazywała go mama), który zawsze najbardziej im dokuczał, wstał i cicho podszedł do Ewy. Nie widziała go, bo akurat odwrócona była do nas tyłem. Rzucił okiem w stronę wychowawczyni i gdy stwierdził, że nie patrzy, znienacka pociągnął dziewczynkę za włosy.

Ta obróciła się powoli i odważnie spojrzała mu prosto w oczy. Waldeczek był gruby, o wiele od niej wyższy i przynajmniej dwa razy cięższy. W zasadzie miała szczęście, bo tak naprawdę nie szarpnął jej aż tak mocno, jak miał w zwyczaju. Zarejestrowałem to dokładnie, bo stałem najbliżej całego zajścia.

– Zrób to jeszcze raz, a zobaczysz – powiedziała cicho i bardzo spokojnie, lecz stanowczo.

Nie trzeba było mu tego dwa razy powtarzać. Sięgnął tłustą łapą do drugiej kitki i chwycił ją. Cała akcja trwała ułamek sekundy. Ewa błyskawicznie podniosła rękę nad głowę, zamachnęła się i z całej siły grzmotnęła chłopaka nadgarstkiem w sam środek tłustej gęby. Ten puścił jej włosy i zaczął się cofać, zahaczając nogą o jakąś zabawkę. Gruchnął na plecy, aż zadudniło i zaraz potem zaczął ryczeć, puszczając nosem krwawe purpurowe bańki zmieszane ze smarkami.

Minęło dobrych kilka lat, nim Ewa przyznała mi się, że za ten występek oberwała od mamy tęgie lanie. Ale może było warto, bo Waldeczek od tamtej pory przestał dokuczać nie tylko jej, ale też innym dziewczynkom.

*

Wspomnienia sprawiły, że znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Patrzyłem przed siebie, uśmiechając się do dawnych czasów. Wreszcie przyszło otrzeźwienie, a przerażająca rzeczywistość uderzyła mnie ze zdwojoną siłą.

Wyjąłem chustkę, otarłem łzy i popatrzyłem przed siebie. Jaskrawy napis ponownie stał się czytelny. Zbyt czytelny.

Wrzuciłem jedynkę i chciałem ruszyć z miejsca, lecz dodałem za dużo gazu, przez co koła tylko zabuksowały w zmrożonym śniegu. Był późny wieczór i wyglądało na to, że znów chwycił styczniowy mróz, czego idąc do samochodu, zupełnie nie odczuwałem.

Za drugim razem przygazowałem o wiele delikatniej i auto powoli potoczyło się do przodu.

„Muszę uważać, bo na drodze na pewno będzie szklanka” – pomyślałem, uświadamiając sobie natychmiast, że akurat ten fakt nie jest w zaistniałych okolicznościach moim największym zmartwieniem.

3.

Zaparkowałem pod blokiem i powlokłem się w kierunku wejścia do klatki schodowej. Z trudem pokonywałem kolejne stopnie, a gdy dochodziłem do drugiego piętra, poczułem gwałtowne dławienie w gardle.

Często wracając z miasta, w drodze do domu wstępowałem do niej na herbatę albo kieliszek wina. Oboje odziedziczyliśmy mieszkania po rodzicach i, od chwili śmierci matki Ewy, mieszkaliśmy samotnie. Przez kilka lat ona mieszkała gdzie indziej, ale już jakiś czas temu wróciła na stare śmieci. Jej małżeństwo okazało się zupełnym nieporozumieniem.

Popatrzyłem na tak dobrze znane drzwi i westchnąłem ciężko, zastanawiając się mimowolnie nad tym, kiedy (o ile w ogóle) znów otworzą się przede mną. Zdając sobie sprawę z absurdalności własnego zachowania, zbliżyłem się i nacisnąłem dzwonek (krótko, długo, a potem znów dwa razy krótko). Gdyby była w środku, wiedziałaby, że to ja. Przez moment nawet zdawało mi się, że słyszę odgłos jej kroków, lecz wrażenie to znikło prędzej, niż się pojawiło, a korytarz niespodziewanie utonął w ciemnościach. Uświadomiłem sobie, że po prostu zbyt dużo czasu zajął mi marsz; zwykle spokojnie zdążyłem wejść na czwarte piętro, zanim automat wyłączył żarówki na całej klatce.

Postałem jeszcze przez chwilę, potem ponownie pstryknąłem światło i ruszyłem dalej.

Chłodny prysznic dobrze mi zrobił. Natychmiast po kąpieli wskoczyłem pod kołdrę. Byłem piekielnie zmęczony i chciałem, aby sen przyszedł jak najprędzej.

Godzinę później wciąż leżałem z dłońmi splecionymi za głową, wpatrując się w sufit rozjaśniony mleczną poświatą ulicznych latarni.

*

Sławek sprowadził się do naszego bloku niecałe dwa lata po tym, jak Waldeczek wylądował na podłodze z rozwalonym nosem. Zbliżało się rozpoczęcie roku szkolnego, a ponieważ wszyscy troje byliśmy w jednakowym wieku, wkrótce razem rozpoczęliśmy naukę.

Już po kilku miesiącach okazało się, że szkoła będzie dla mnie prawdziwą gehenną i mało brakowało, a powtarzałbym nawet pierwszą klasę. Dzięki Ewie, która wyciągnęła mnie z kłopotów za uszy, wszystko skończyło się happy endem. Potem jakoś szło. Zawsze, gdy byłem zagrożony z jakiegoś przedmiotu, mogłem na nią liczyć, i szczęśliwie skończyliśmy podstawówkę.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy się w niej zakochałem. Raczej nie w przedszkolu, bo wtedy miałem inne, ważniejsze sprawy na głowie. ale stało się to chyba najpóźniej w drugiej klasie. Miałem w domu adapter i kilkanaście płyt należących do moich rodziców. Na jednej z nich znajdowała się piosenka zespołu Wawele o tym, jak to ona „miała włosy pachnące miętą”. Romantyczna, i melodyjna, czyli w sam raz dla zakochanego ośmio- czy dziewięciolatka. Puszczałem ją w kółko, aż prawie niczego poza trzaskami i szumami nie było słychać. Nie przeszkadzało mi to zupełnie – ważne, że to był nasz – mój i Ewy – utwór.

Przez te wszystkie lata ani razu nie zdradziłem się wobec niej jakimś nieostrożnym gestem, choć naprawdę nie było to łatwe. Czasem myślałem, że może jednak warto jej wszystko wyznać, i gdy już, już zamierzałem to zrobić, spoglądałem w lustro i dostrzegałem w nim chudego dryblasa ze szparami między zębami, wyłupiastymi oczyma i odstającymi uszami. Odbicie w lustrze nieodmiennie studziło moje zapały. Myślałem wtedy, że jestem głupi i powinienem się cieszyć, że taka ładna dziewczyna w ogóle ma ochotę się ze mną przyjaźnić.

Po podstawówce każde z nas poszło do innej szkoły; na dodatek Sławek przeprowadził się do domu, który zbudowali jego rodzice. Nie przeszkodziło nam to jednak w podtrzymywaniu naszej trójstronnej przyjaźni.

Później Ewa rozpoczęła studia, Sławek poszedł do policji, a ja po zawodówce i technikum mechanicznym, które jakimś cudem udało mi się zakończyć zdaną maturą, rozpocząłem chwalebną zasadniczą służbę wojskową. Na dwa tygodnie przed opuszczeniem jednostki, gdy moja chusta rezerwisty byłą już gotowa i kończył się metr krawiecki, od którego odcinałem dni pozostałe do wyjścia (jeden centymetr – jeden dzień), dostałem list od Ewy. Pytała w nim, czy zgodziłbym się być świadkiem na jej ślubie. Oczywiście, miałem na to ochotę jak jasna cholera. Zamierzała się pobrać z niejakim Waldemarem Pycią. „Ewa Pycia”… Boże, jak to strasznie brzmiało!

Waldemar Pycia studiował medycynę, nosił okulary i był prawie całkiem łysy. Trochę zeszczuplał, ale ja i tak zawsze będę go pamiętał jako grubasa, który leży na podłodze przedszkola, wyjąc w niebogłosy i zalewając się krwawymi smarkami z rozkwaszonego nochala.

4.

Od rana sypał drobny śnieg, świat za oknem wydawał się cichy i spokojny, a ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca w mieszkaniu.

Postanowiliśmy z moim wspólnikiem, że w tym tygodniu nasz warsztat będzie nieczynny. Miasto przykryła gruba pierzyna białego puchu, ruch był niewielki, a pomieszczenia wymagały odkładanego przez lata remontu.

Na jedzenie nie miałem ochoty, za to wypiłem chyba ze cztery kawy. Włączałem i wyłączałem telewizor, zaczynałem czytać jakieś artykuły w gazetach, po kilku linijkach zapominając, co było w poprzednim akapicie. Wreszcie, po raz pierwszy od dłuższego czasu, pożałowałem, że mam wolne i nie muszę iść do pracy. Przynajmniej mógłbym zająć myśli czym innym niż wczorajsze spotkanie z Ewą.

*

Gdy wszedłem, nic nie powiedziała, tylko powitała mnie szerokim uśmiechem. Miałem wrażenie, że znów jest tą samą dziewczyną, w której kochałem się na zabój. Szczerze mówiąc, używanie w tym przypadku czasu przeszłego było nie do końca właściwe.

Spojrzałem w kierunku weneckiego lustra. Podejrzewałem, że Sławek wciąż za nim stoi, jednak były to tylko moje domysły. Zamiast powitania powiedziałem:

– Skąd wiedziałaś, że tam jestem? Przecież nie mogłaś mnie zobaczyć…

Uśmiechnęła się tajemniczo i odparła:

– Nie mogło cię tam nie być. W przeciwnym wypadku by mnie tutaj nie przyprowadzili.

– Miałem wrażenie, że patrzysz mi prosto w oczy.

Znów ten sam uśmiech

– Może tak było? – W jej oczach błysnęły figlarne ogniki. – Wiesz przecież, że ostatnio dużo nad tym pracowałam…

Usiadłem naprzeciw niej. Nie wydawało mi się, żeby to był najlepszy moment na żarty i słowną szermierkę. Popatrzyłem na nią poważnie.

– Ewa, co się stało? – Słowa z trudem przechodziły mi przez zaciśnięte gardło. – Dlaczego to zrobiłaś?

Spoważniała na moment, lecz po chwili jej twarz znów rozjaśnił uśmiech.

– To działa, Miras! Gdyby nie ty, wąchałabym teraz kwiatki od spodu, a tak żyję i mam się, jak widzisz, całkiem nieźle. Dziękuję, że powiedziałeś mi o retrowizjach. Na początku myślałam, że to jakaś ściema, lecz w końcu przekonałeś mnie, że jest to możliwe. – Wpadła w słowotok, a ja nie zamierzałem jej przerywać. – W tajemnicy przed tobą, spotkałam się z kilkoma ludźmi, którzy podpowiedzieli mi, jak można przejść na drugi poziom. Ty go osiągnąłeś już dawno, więc wiesz, o czym mówię. Wiele razy próbowałam i zawsze bezskutecznie, aż wreszcie nadeszła ta chwila. Prawdopodobnie stało się to w najlepszym z możliwych momentów. Mam nadzieję, że ten skurwysyn smaży się teraz w piekle.

Jej oczy płonęły. Na policzkach wykwitły purpurowe rumieńce. Nawet nie wiem, kiedy chwyciła moją rękę i ścisnęła ją lodowatymi, spoconymi dłońmi.

– Zawdzięczam ci życie i nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś – ciągnęła. – Jestem twoją dłużniczką.

– Więc chodzi o retrowizje?

– No pewnie, że tak! Miałam być czwartą ofiarą, jednak gdy tylko spojrzałam w jego oczy, zorientowałam się, co zamierza i nie mogłam czekać. Szczęśliwy traf sprawił, że złapaliśmy gumę, więc… Chyba rozumiesz, że musiałam to zrobić?

Milczałem.

– To był gwałciciel, sadysta i morderca – znów się odezwała. Tym razem jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Był chłodny, beznamiętny i przerażająco spokojny. – Trzy kobiety gryzą teraz glebę i czekają, aż ktoś wreszcie odkryje, kim naprawdę był ten zwyrodnialec. Pomożesz mi ujawnić prawdę światu, prawda?

Wszystko wskazywało na to, że Ewa postradała zmysły. Nie było sensu ciągnąć tej rozmowy.

– Oczywiście, że pomogę – powiedziałem, wstając i próbując uwolnić się od jej uścisku. – Wiesz przecież, że zrobię dla ciebie wszystko.

– Poczekaj, nie idź jeszcze. – To był bardziej rozkaz niż prośba.

Ponownie usiadłem, rzucając niespokojne spojrzenie w stronę lustra. Miałem nadzieję, że Sławek kontroluje całą sytuację.

– Nie widziałam wszystkiego, więc musi ci wystarczyć tyle, ile wiem. Do reszty dojdziesz sam, może Sławek trochę pomoże…? – wbiła we mnie pełen nadziei wzrok.

– Na pewno, Ewcia. Na pewno…

– Trzy kobiety, dwie z nich około trzydziestki, jedna o jakieś dziesięć lat młodsza – ciągnęła uspokojona. – Widziałam jakiś drewniany domek pod lasem, może to jest miejscowość wypoczynkowa, bo obok było kilka podobnych budynków. Zakopywał je dość głęboko, chyba na grządkach, nie wiem dokładnie, ale na pewno w pobliżu tego domku. Wcześniej przez tydzień lub dwa zabawiał się z nimi. Dwudziestolatce i jednej ze starszych kobiet odciął głowy, trzeciej rozpłatał brzuch. Tak zginęły po tym, gdy je dręczył całymi dniami…

Umilkła nagle i ze łzami w oczach wpatrywała się w ścianę za moimi plecami. Nagle drgnęła i znów spojrzała na mnie.

– Dwudziestolatka chyba nie miała kciuka – odezwała się znów, lecz teraz nie mówiła już z taką pewnością, jak poprzednio. – Zdaje się, że prawego… Tak, na pewno prawego! Przepraszam, że jestem taka niedokładna, ale to trwało naprawdę krótko. Zresztą retrowizje są tak ulotne, że… – Nagle się roześmiała. – I komu ja to mówię. Przecież kto jak kto, ale ty to wiesz o wiele lepiej niż ja.

– Oczywiście. – Miałem nadzieję, że uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy, wyglądał choć trochę naturalnie. – No to w takim razie muszę się brać do roboty. Nie ma zbyt wiele czasu… Nie chcemy przecież, żebyś tu tkwiła bez potrzeby, prawda?

Ponownie wstałem. Tym razem natychmiast puściła moją dłoń.

– Trzymaj się, Ewcia. Dam znać, jak się czegoś dowiem – zapewniłem fałszywie i ruszyłem w kierunku drzwi.

– Miras – usłyszałem za plecami – mogę cię o coś zapytać?

Przystanąłem. Po chwili znów patrzyłem w jej wielkie zielone oczy.

– No pewnie, wal! – odrzekłem.

Była zmieszana, niepewna siebie, zupełnie inna niż przed kilkoma sekundami. Wydawało się, że ma wątpliwości, czy naprawdę chce mi zadać swoje pytanie, jednak po chwili usłyszałem:

– Wiem, że to może nie jest najlepsza chwila na tego typu rozmowy, ale… być może nieprędko się zobaczymy…

Stałem, czekając, aż odezwie się ponownie.

– Musisz tu podejść – powiedziała. – To pytanie jest przeznaczone tylko dla twoich uszu.

– Sławek zapewniał, że nikt nas nie będzie podsłuchiwał…

Ewa odwróciła twarz w stronę lustra, znów się uśmiechając.

– Podejdź, Miras. On słucha, skubaniec jeden.

Po chwili byłem obok niej. Skinęła ręką, dając znak, że chce, abym się pochylił. Zrobiłem to, czując, jak włosy jeżą mi się na karku.

– Dlaczego mnie nie chciałeś? – szepnęła.

Wyprostowałem się nagle.

– Co powiedziałaś?

Pokręciła z niezadowoleniem głową.

– Csiii… Nie muszą słyszeć. To jest rozmowa tylko między nami. – Znów przywołała mnie ruchem dłoni.

Byłem bardzo blisko niej, czując zapach moich ulubionych perfum.

– Nie podobałam ci się? Przecież to niemożliwe, żebyś nie wiedział, jak bardzo chciałam być z tobą… Zawsze byłeś taki… na dystans…

Do tej pory nagła suchość w gardle wydawała mi się wymysłem pisarzy, którzy mają zbyt wybujałą wyobraźnię. Teraz jednak nie potrafiłem przełknąć śliny. Prawie się dusiłem. Wreszcie pomyślałem, że chyba moja przyjaciółka naprawdę oszalała. Przecież to niemożliwe, że…

Spojrzałem jej w oczy. Nie było w niej ani krztyny szaleństwa.

– Tak długo czekałam na ciebie, aż wreszcie straciłam wszelką nadzieję i postanowiłam sobie jakoś ułożyć życie – szeptała. – Powiedz, czego mi brakowało?

To była ta sama Ewa, którą znałem od lat. Wpatrywała się we mnie z niepokojem, bojąc się odpowiedzi.

Pokręciłem tylko głową, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Pogadamy o tym kiedy indziej – rzekłem. – Muszę sobie to wszystko poukładać, Ewcia. Nie gniewaj się, dobrze?

– No jasne. – Wciąż nie przestawała się uśmiechać. – Teraz są ważniejsze sprawy. Musisz ich przekonać, że jestem niewinna, prawda?

– Tak. Pójdę już.

Wstała i przytuliła mnie mocno. Bardzo mocno.

5.

Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się głos Sławka:

– Cześć, Miras. Chciałem ci tylko powiedzieć, że sąd zdecydował o areszcie na trzy miesiące. Można się było tego spodziewać, ale… no cóż, to i tak dla mnie wielki szok. Dla ciebie pewnie też, co nie?

– Tak, Sławku. Dzięki za wiadomość.

Przez chwilę milczeliśmy.

– Dobra – powiedział. – Będę kończył, mam masę roboty…

– Sławek…

– Tak?

– Wczoraj, na komendzie… Nie wiem, czy powinienem o to pytać…

– Chyba wiem, o co chodzi – odparł. – Przepraszam cię, stary, ale jak zobaczyłem, że Ewa nie pozwala ci odejść, włączyłem mikrofon. Wiem, obiecałem, że będzie inaczej, ale…

– Bałeś się, czy nie stanie się coś złego?

– Właśnie. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe?

– No pewnie, że nie.

– I tak niczego nie usłyszałem, naprawdę – zapewniał. – Mówiliście zbyt cicho.

– Okej. Dzięki za telefon. Trzymaj się – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.

Mimo wszystko czułem się trochę oszukany, lecz to uczucie natychmiast zostało przytłumione pytaniem:

„Skąd ona mogła wiedzieć, do jasnej cholery?!”.

*

Po rozmowie z Ewą Sławek odprowadził mnie do wyjścia. Zatrzymałem się przed drzwiami i zapytałem:

– Jak to się stało? Możesz mi o tym opowiedzieć?

Zawahał się tylko przez chwilę.

– Pewnie. W sumie to żadna tajemnica… Zresztą pismaki i tak zaraz wszystkiego się dowiedzą i rozdmuchają do granic możliwości. Może wrócimy do mojego pokoju? Korytarz nie jest najlepszym miejscem na tego typu rozmowy…

– Nie, Sławek – zaprotestowałem. – Chcę jak najszybciej wrócić do domu. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać teraz…

– Dobrze, wobec tego będę się streszczał. Mówiłem ci przez telefon, że Ewa zatłukła faceta. Jan Zakrocki, lat czterdzieści jeden, mieszkaniec Olsztyna. Dwójka dzieci w gimnazjum. Motywów, jak wiesz, nie znamy… W tej sprawie chciała rozmawiać tylko z tobą. A może… – przerwał – może mógłbyś mi coś powiedzieć? Przecież musi być jakieś wytłumaczenie…

– Nie teraz, Sławek. Jeszcze nie teraz. Nie miej mi tego za złe, po prostu na razie jest za wcześnie. Co jeszcze wiadomo?

– Poza przyczynami tego morderstwa, wiemy właściwie wszystko, bo Ewka całe zdarzenie opowiedziała ze szczegółami. Wracała z Zalesia, dokąd pojechała, żeby uporządkować grób rodziców po świętach Bożego Narodzenia. Był wczesny wieczór, uciekł jej autobus, więc stała na przystanku. Właśnie zastanawiała się, czy zamówić taksówkę, czy odwiedzić rodzinę w Zalesiu, gdy tuż obok niej zatrzymał się Zakrocki. Zaproponował podwiezienie do miasta.

– Sam się zatrzymał?

– Tak. Po przejechaniu kilku kilometrów złapali gumę i Zakrocki skręcił w leśną drogę, by bezpiecznie zmienić koło. Nie zdążył. Właśnie odkręcał śruby, gdy Ewka rozwaliła mu głowę łyżką do opon. Mówię ci, masakra! Jak wiesz, pracuję już trochę w policji, ale czegoś takiego nie widziałem…

– Czego mianowicie?

– Nie wiem, co w nią wstąpiło, ale ten facet po prostu… Ona go normalnie pozbawiła głowy. Kawałki czaszki przemieszane były z resztkami mózgu. Wszystko to rozbryzgane na samochodzie i kilkunastu metrach kwadratowych śniegu…

Zamilkł.

Było mi niedobrze, lecz trzymałem się dzielnie, starając się nie dać niczego po sobie poznać.

– A ona?

– Jak głaz. Spokojna, opanowana. Chwilę potem zadzwoniła na policję, w skrócie opowiedziała o tym, co się stało, podała dokładną lokalizację i poprosiła o przysłanie radiowozu. Gdy nasi pojawili się na miejscu, stała oparta o samochód Zakrockiego. Nie uwierzysz, ale po prostu się uśmiechała. Zapytana, czy to było w obronie własnej, odparła, że poniekąd tak, lecz stwierdziła też, że nie została napadnięta.

Zapadła cisza. Sławek stał, przypatrując mi się uważnie.

– Rozumiesz coś z tego? – spytał wreszcie.

– Coś mi świta. Jakby co, skontaktuję się z tobą.

Uścisnęliśmy sobie dłonie i już miałem wyjść z budynku, gdy do głowy przyszło mi jeszcze jedno pytanie:

– A ten Zakrocki... był tu przejazdem? Olsztyn jest na drugim końcu Polski…

– No właśnie, badamy ten wątek, bo tu są pewne niejasności. Jego żona była przekonana, że mąż jest na delegacji w Niemczech. Ustaliliśmy, że dzwonił do domu kilkadziesiąt minut przed spotkaniem Ewy, utrzymując, że jest w Monachium i zostanie tam jeszcze co najmniej przez tydzień. Dziwna sprawa…

– Dziwna – przyznałem i wyszedłem.

6.

Gdy przestała być Ewą Pycią, na powrót stając się Ewą Murawską, i po rozwodzie znów zamieszkała w naszym bloku, świat wypiękniał, a wszystko wyglądało o wiele bardziej optymistycznie. Postanowiłem, że drugi raz jej nie stracę.

Jej mama jeszcze wtedy żyła i natychmiast zaskarbiłem sobie sympatię starszej pani, choć w przeszłości różnie między nami bywało. Wiedziałem, jak bardzo Ewa liczy się z jej zdaniem, więc pierwsze punkty zdobyłem bardzo łatwo. Starałem się im jak najwięcej pomagać. Wiadomo – dwie samotne kobiety potrzebują męskiej pomocy, więc byłem na każde ich skinienie. Oczywiście, uważałem, aby nie wyglądało to zbyt podejrzanie – nie miałem przecież zamiaru sprawiać wrażenia, że się narzucam. Wiadomo, jak łatwo przekroczyć tę granicę pomiędzy szczerą, bezinteresowną chęcią pomocy, a nieznośnym natręctwem.

Gdy matka Ewy zachorowała, bywałem u niej w szpitalu nawet sam. Przywoziłem owoce i książki (wiedziałem przecież doskonale, jakie lubi najbardziej). Wszystko to trwało około dwóch miesięcy.

Na pogrzebie szliśmy z Ewą tuż za trumną. Szczerze mówiąc, czułem się dokładnie tak, jak pogrążony w żałobie kochany zięć. I zdawało mi się, że tak też zaczynam być traktowany przez dalszą rodzinę mojej przyjaciółki. Wszystko szło w najlepszym kierunku.

Kiedy została sama, długo nie mogła się otrząsnąć po śmierci matki. Wiedziałem, że musi minąć trochę czasu, więc dyskretnie usunąłem się na bok, by wrócić, gdy tylko będzie mnie potrzebowała. I to być może był mój błąd.

Z drugiej jednak strony, nie mogłem przecież przewidzieć, że mojej przyjaciółce aż tak bardzo będzie brakowało matki… Byłem w ciężkim szoku, gdy dowiedziałem się, że Ewa poważnie zainteresowała się okultyzmem, a zwłaszcza parapsychologią. Bywała na kilku spotkaniach tygodniowo, kupowała dziesiątki książek o tej tematyce i – co najgorsze – nie potrzebowała już mojej pomocy. Poczułem, że znów zaczynam ją tracić.

Znałem Ewę od dzieciństwa i doskonale wiedziałem, że nie zniosłaby, gdybym zaczął wyśmiewać czy kwestionować jej nową pasję. Cóż więc mi pozostało? Mogłem tylko wejść w to po same uszy, a potem spróbować udowodnić, jaki jestem dobry w te klocki.

O retrowizjach usłyszałem w radiu i od razu wiedziałem, że to jest właśnie to, czego szukam. Bywałem z Ewą na tych jej spotkaniach i przypuszczałem, że może to być strzał w dziesiątkę. Jeszcze nie zajmowali się tą kwestią, więc już na starcie miałem ogromną przewagę.

Oczywiście, absolutnie nie wierzyłem w te bzdury, jednak by zyskać uznanie, musiałem być bardzo przekonujący. Najpierw dotarłem do mojego starego kumpla, który – jak się dowiedziałem – przyjaźnił się z byłym mężem Ewy. Kosztowało mnie to kupę forsy wydanej na piwo i inne napoje wyskokowe, ale dzięki temu dowiedziałem się o małżeństwie Waldemara i Ewy Pyciów więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Potem wystarczyło tylko te informacje odpowiednio dozować, nie zapominając o dodatkowej otoczce i ubarwiając rewelacjami o szczegółach życia innych ludzi, które można poznać dzięki – jak to sam nazwałem – „spojrzeniu wewnętrznemu”. Ewa znów była moja. Przestała chodzić na spotkania; poświęciła się bez reszty kwestii retrowizji, próbując pójść drogą swojego guru, który potrafił odgadywać ludzką przeszłość. Nie sądziłem, że potrwa to jakoś szczególnie długo. Ewa zawsze charakteryzowała się słomianym zapałem, więc wystarczyło spokojnie poczekać. Najważniejsze było to, że znów jestem dla niej kimś ważnym.

Szło mi świetnie, aż do tego popołudnia, gdy znalazła się w samochodzie Zakrockiego. W tym jednym momencie wszystko się zawaliło, by nie powiedzieć, że – nomen omen – totalnie wzięło w łeb…

*

Mijały kolejne dni.

Remont w warsztacie się skończył i wreszcie mogłem wrócić do pracy – i zrobiłem to z niekłamaną przyjemnością. Próbowałem zapomnieć o tym wszystkim, ale – co chyba oczywiste – z bardzo miernym skutkiem.

Ciążyło mi, że to przeze mnie Ewa ogląda teraz świat zza kratek, no ale któż mógł przypuszczać, że aż tak bardzo weźmie sobie do serca durnoty, którymi ją karmiłem. Na to, że siedziała w pierdlu, nie mogłem nic poradzić, ale mogłem przynajmniej (dla spokoju sumienia) spełnić swoją obietnicę, że spróbuję coś dla niej zrobić. Od naszego spotkania nie kiwnąłem nawet palcem. Fakt – może zwariowała, ale przecież wciąż była moją przyjaciółką i – przede wszystkim – najdroższą mi osobą na świecie.

Zadzwoniłem do Sławka i poprosiłem, żeby mi pokazał miejsce zbrodni. Nie pytał, dlaczego chcę je zobaczyć. Po prostu się zgodził i następnego dnia byliśmy na miejscu.

– Nic nie zobaczysz, Miras – powiedział, wysiadając z auta. – Od tamtej pory minęło sporo czasu i śnieg już kilka razy porządnie sypał, więc to na nic. Zresztą, nie sądzę, aby nasi ludzie pominęli cokolwiek.

Miał rację. Pokręciłem się chwilę tu i tam, brnąc po kolana w śniegu. Plątała mi się pod czaszką myśl, że może jednak Zakrocki ją zaatakował, a ona po prostu tego nie pamiętała – ludzie przecież różnie reagują w skrajnych sytuacjach. Ta hipoteza natychmiast wydała mi się jednak całkowicie nieprawdopodobna. To miejsce było zbyt blisko ruchliwej drogi, z której widoczni byliśmy jak na dłoni. Gdyby planował napad, z pewnością odjechałby dalej w las, tym bardziej, że wtedy nie było jeszcze ciemno, o czym wcześniej zapewnił mnie Sławek.

– Wiesz – usłyszałem nagle własne słowa – zdaje się, że to wszystko moja wina…

Nie mogłem się już wycofać. Opowiedziałem mu całą historię mojej retrowizyjnej manipulacji i wszystko, co przekazała mi Ewa. Mówiąc to, stałem w białym puchu, mając z pewnością pod butami, gdzieś tam poniżej grubej warstwy śniegu, nieuprzątnięte resztki Zakrockiego. Jedyne, co zachowałem dla siebie, to słowa, które powiedziała mi, gdy kończyliśmy naszą rozmowę.

Czułem się jak najgorsza kanalia, Sławek przez całą drogę powrotną nie odezwał się do mnie ani słowem, lecz mimo to było mi lżej.

Odwiozłem go pod dom. Początkowo sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar od razu wysiąść, lecz się rozmyślił. Wreszcie powiedział:

– Miras, skłamałbym mówiąc, że pochwalam twoje postępowanie wobec Ewki. Ale… – Poruszył się niespokojnie w fotelu. – Ale to jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że nikt nie mógł tego przewidzieć. Kto mógłby się spodziewać po niej… po kimkolwiek… czegoś takiego? Nie jesteś przecież jasnowidzem, prawda?

W odpowiedzi skinąłem tylko głową. Przebiegło mi przez myśl, że to, co się stało kiedyś w przedszkolu, nie wzięło się z niczego. Może był to zbyt daleko idący wniosek. Zresztą, Sławek przecież nie widział tamtego zajścia.

Wysiadł i zatrzasnął drzwi, by po chwili otworzyć je znowu.

– Nikomu nie powiem tego, czego się od ciebie dowiedziałem. Możesz być pewien…

– Dzięki.

– …ale postaram się, żeby przebadali Ewę najlepsi biegli psychiatrzy. Tyle tylko mogę zrobić.

Zatrzasnął ponownie drzwi, a ja miałem wrażenie, że tym jednym ruchem zamknął również okres naszej przyjaźni, która miała się przecież nigdy nie skończyć.

7.

Październik 2002

Minęło wiele miesięcy, zanim znów zobaczyłem się ze Sławkiem.

Był późny jesienny wieczór. Wracałem z pracy zmęczony jak siedem nieszczęść, gdy ujrzałem go, siedzącego na ławeczce przed naszym blokiem. Na mój widok podniósł się i ruszył w moją stronę.

– Witaj, Miras! – usłyszałem.

– Cześć! – odparłem nieco zaniepokojony. – Coś się stało?

Tylko jakieś wyjątkowe zdarzenie mogło tłumaczyć to spotkanie. Jak przewidywałem, po naszej wspólnej wizycie na miejscu zbrodni prawie rok temu ani razu się ze mną nie kontaktował. Ja też nie potrafiłem przerwać milczenia. Czułem się cholernie winny. Wiele razy żałowałem, że wtedy tak się przed nim otworzyłem. Straciłem przyjaciela, a przecież fakt, że wszystkiego się dowiedział, nie miał najmniejszego znaczenia i w żaden sposób nie mógł pomóc Ewie.

– Tak, stało się – powiedział. – Słyszałeś, że dziś zapadł wyrok?

– Wiem, że miał zapaść. Cały czas jestem na bieżąco, ale dziś nie miałem jak dowiedzieć się czegokolwiek. Właśnie zamierzałem…

– Dostała dwadzieścia pięć lat – przerwał mi. – Sąd nie dopatrzył się żadnych okoliczności łagodzących, poza niekaralnością. Biegli sądowi…

– Stwierdzili, że była wtedy całkowicie poczytalna, prawda?

Skinął głową.

– Może wejdziesz? – zapytałem, przerywając przeciągające się milczenie.

– Nie, dzięki. Wiesz, widziałem się z nią dzisiaj po ogłoszeniu wyroku. Prosiła, bym ci przekazał, że jest jej przykro… Nie odwiedziłeś jej przez cały ten czas.

Nie odezwałem się na to ani słowem, bo i cóż mogłem powiedzieć? Że przez te wszystkie miesiące bałem się dowiedzieć prawdy? Że bałem się usłyszeć przeprosiny za jej nieodpowiedzialne słowa wypowiedziane na komendzie pod wpływem emocji? Zachowywałem się jak skończony, egoistyczny dupek, zostawiając Ewę samą sobie, to prawda.

Najpierw przez kilka tygodni się wahałem, a później było coraz trudniej. Nie chciałem jej znów zobaczyć i potem zadręczać się myślą, że będę ją widywał tylko na więziennych widzeniach.

– …tak samo.

– Przepraszam, możesz jeszcze raz powtórzyć? – poprosiłem. – Wyłączyłem się na chwilę.

– Mówiłem, że prosiła też, bym ci przekazał, że nie ma do ciebie żalu, bo sama pewnie zachowałaby się dokładnie tak samo.

– Aha – odrzekłem, siląc się na obojętność.

– Jest jeszcze jedna rzecz. Pewnie będziesz się wściekał…

– Ja? – prawie się roześmiałem. – Myślisz, że po tym wszystkim, co zrobiłem i jak się zachowałem wobec niej, mógłbym się z jakiegoś powodu…

– Ona wie, że przekazałeś mi to wszystko, co było przeznaczone dla twoich uszu.

A jednak się wkurzyłem i to porządnie.

– No to świetnie. Naprawdę, powiedzieć ci coś, to jak w studnię…

Chciałem go ominąć, ale chwycił mnie za ramię.

– Miras, jak Boga kocham! Ona nie wie tego ode mnie…

*

Kilka minut później siedzieliśmy w moim mieszkaniu.

– Nie pytaj, jak mi się to udało, ale mogliśmy przez jakiś czas porozmawiać sam na sam po rozprawie.

Usiadł w dużym pokoju, nawet nie zdejmując płaszcza.

– Sławek, rozbierz się. Zaraz mi wszystko opowiesz, ale na spokojnie. Napijesz się czegoś?

– Wódki bym się napił, ale jestem autem.

– Może wrócisz taksówką? Albo przenocujesz u mnie? Wiesz… Po tym wszystkim – szczerze mówiąc – nie sądziłem, że jeszcze kiedyś zechcesz się ze mną napić.

– Ja też nie sądziłem, ale po dzisiejszym dniu… Dobra, zaraz ci wszystko opowiem, tylko zadzwonię do Anki, że nie wrócę dziś na noc. Naprawdę mogę zostać? – upewnił się.

– No jasne. Dzwoń, a ja tymczasem pościelę ci w gościnnym.

*

Zanim przeszliśmy do rzeczy, wypiliśmy kilka kolejek i pogadaliśmy trochę na niezobowiązujące tematy, jakby odwlekając przejście do meritum. Zastanawiałem się nawet przez moment, czy przypadkiem nie wolę trwać w nieświadomości, zwyczajnie ciesząc się chwilą i spotkaniem z przyjacielem. Wkrótce jednak okazało się, że Sławek nie odpuści tematu.

– Jak ci już mówiłem – zaczął – Ewa wie, że powiedziałeś mi o tym, o czym wtedy rozmawialiście na komendzie. Powtórzę to jeszcze raz – nie dowiedziała się ode mnie. Teraz chciałem cię zapytać o trzy rzeczy. Tylko skup się, zanim odpowiesz, dobra?

– Dobra.

– Wierzysz mi?

– To ma być pierwsze pytanie?

– Tak, i to chyba najważniejsze. Tylko wtedy dwa kolejne będą miały sens.

Zastanowiłem się i odparłem:

– Wierzę. Po pierwsze dlatego, że nie widzę powodu, dla którego miałbyś kłamać, a po drugie… po drugie… ty nigdy mnie nie okłamałeś…

Uświadomienie sobie tego faktu było dla mnie nagłym olśnieniem. Rzeczywiście, Sławek nigdy mnie nie oszukał, zawsze zachowywał się wobec mnie w porządku. No, może poza włączeniem głośnika na komendzie, ale zrobił to przecież w trosce o moje bezpieczeństwo.

Skinął głową, jakby usłyszał, że ładna dziś pogoda.

– Drugie pytanie: jesteś pewien, że nie wie tego od ciebie?

Patrzyłem na niego zaskoczony.

– Ale czego? – spytałem wreszcie.

Przewrócił oczami.

– No tego, że mi wtedy powiedziałeś o tym, co ona mówiła ci na komendzie – wytłumaczył cierpliwie, jak siedmiolatkowi.

– Przecież wiesz, że ani jej nie widziałem od tamtego czasu, ani się z nią w żaden sposób nie kontaktowałem…

– A może wie o tym ktoś jeszcze, kto jej mógł przekazać…

– Na pewno nie – przerwałem. – Tylko z tobą o tym rozmawiałem. Mogę przysiąc.

– Dobra, dobra, spokojnie. Ja też ci wierzę… Trzecia rzecz: nie powiedziałeś mi wtedy wszystkiego?

– To znaczy?

– No, nie przekazałeś mi treści całej rozmowy?

– Nie – odparłem i sięgnąłem po kieliszek.

– Ona mi też nic nie powiedziała. Wiem tylko, że coś zataiłeś, i to mi wystarczy. Tak samo stwierdziła Ewka. Wiesz, co to wszystko może oznaczać?

Podnosiłem wódkę do ust, lecz nagle zastygłem. Trwałem tak przez kilka sekund, po czym wychyliłem do dna.

– Oszalałeś, prawda? – zapytałem, odstawiając kieliszek. – Czy dobrze rozumiem? Ty naprawdę wierzysz, że ona patrząc w oczy może odgadnąć czyjąś przeszłość?

– Być może – odparł. – Ale nie wiesz jeszcze najlepszego. Zanim do tego przejdę, mógłbym najpierw zapalić?

Wstałem, żeby poszukać popielniczki. Chwilę to trwało, bo gdy wróciłem do stołu, Sławek zdążył już wypalić prawie połowę papierosa.

– Nie wiedziała o tym, że wiem, o czym rozmawialiście, nie wiedziała też, że byliśmy na miejscu zdarzenia – mówił, strzepując popiół. – A wiesz, jakie było jej pierwsze pytanie, gdy zostaliśmy sami?

– Skąd mam wiedzieć?

– Zapytała, dlaczego nie przeszukaliśmy dokładnie tamtego miejsca.

Patrzyłem na niego jak cielę w malowane wrota.

– Mówi do mnie: „Musicie znaleźć klucze.” Ja jej na to, że klucze były wśród znalezionych rzeczy, a ona pokręciła tylko głową i powiedziała, że to nie te, i że właściwe, które mogą pomóc w rozwiązaniu całej sprawy, może tam jeszcze leżą.

– Aha. – Nie była to zbyt błyskotliwa odpowiedź, ale nic innego nie przyszło mi w tym momencie do głowy.

– No i resztę już znasz. Wiedziała o naszej rozmowie, a więcej nie udało mi się z niej wyciągnąć, bo czas naglił. I co ty na to wszystko?

– Nic. Sławek, sorry, ale… jeśliby to wszystko miała być prawda, to dlaczego nie powiedziała tego w sądzie?

– Nie była pewna, nie ma twardych dowodów, nikt by jej nie uwierzył, wzięliby ją za wariatkę… Mam wymieniać dalej? Ona wiedziała, że tylko my możemy jej pomóc, więc tylko nam to mogła przekazać.

– A dlaczego mi wtedy nie powiedziała o tych kluczach?

– Właśnie, zapomniałem dodać, że to dotarło do niej dopiero niedawno, jak po raz kolejny przypominała sobie tę całą, jak jej tam… retrowizję, tak?

– Przecież ci mówiłem, że to wszystko bzdury…

– Może tak, a może nie. Jest jeszcze jedna rzecz.

– Nie możesz wszystkiego powiedzieć od razu?

– Mówię przecież – zirytował się. – Chodzi o to, że ja też w to wszystko nie mogłem uwierzyć. Zresztą… nawet teraz też nie mam jakiegoś stuprocentowego przekonania. Zrobiłem więc dziś po południu coś, co mogłoby uprawdopodobnić całą tę historię.

– Pojechałeś szukać kluczy?

– To też, ale nic nie znalazłem, co zresztą było do przewidzenia, biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął…

– Więc?

– Sprawdziłem w rejestrze zaginionych kobiet w wieku od piętnastu do trzydziestu lat, których cechą szczególną był brak kciuka.

Nabrałem powietrza, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– W ciągu ostatnich kilku lat był tylko jeden taki przypadek. Dwudziestojednoletnia studentka, mieszkanka Grójca pod Warszawą…

– No widzisz. Więc to zniknięcie nie może mieć nic wspólnego z…

– Zniknęła pierwszego listopada, niecałe dwa miesiące przed tym, jak Zakrocki został zamordowany.

– No i co z tego?

– W związku z tym, że w śledztwie były niejasności odnośnie służbowego wyjazdu Zakrockiego, przesłuchano też jego żonę, czego dowiedziałem się dzwoniąc na komendę do Olsztyna. Zeznała, że wcześniej jej mąż też wyjeżdżał do Niemiec. Ostatni taki wyjazd, wyłączając ten zakończony feralnym spotkaniem z Ewką, miał miejsce w przeddzień Święta Zmarłych dwa tysiące drugiego roku. Zakrockiego nie było wtedy w domu prawie przez dwa tygodnie…

8.

Nigdy byśmy nie znaleźli tych kluczy pod grubą warstwą liści, gdyby nie wykrywacz metalu, który Sławek pożyczył rano od znajomego z pracy. Leżały niemal dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono zabitego mężczyznę. Oczywiście, nie mogliśmy być na sto procent pewni, że należały do niego, lecz było to bardzo prawdopodobne. To, że nie natrafiono na nie w dniu zabójstwa, można było tłumaczyć faktem, że wysunęły mu się z kieszeni, gdy padał pod wpływem uderzeń, a potem ktoś – może Ewa, a może któryś z policjantów lub prokurator – przypadkowo wdeptał je jeszcze w śnieg.

Trzy klucze typu yale oraz jeden dużo większy, starego typu, były nanizane na metalowe kółko. Do kółka przypięta była plastikowa czerwona przywieszka z miejscem na opis. Pod przeźroczystym plastikiem widniały dwie niedbale nakreślone długopisem lub piórem litery: „Z” oraz druga, nieczytelna, rozmazana pod wpływem wilgoci.

Sławek pieczołowicie zabezpieczył znalezisko, tak aby nie naruszyć odcisków palców, które mogły się zachować na kluczach.

Odwiózł mnie pod blok.

– I co o tym sądzisz? – zapytał.

– Nie wiem, odparłem. Trzeba chyba sprawdzić, czy to jego – odparłem. – A nawet jeśli tak, to jaki te klucze mogą mieć z tym wszystkim związek?

– Tego właśnie spróbuję się dowiedzieć.

*

Za sprawą Sławka wydarzenia sprzed miesięcy wróciły do mnie ze zdwojoną mocą. Znów przypominałem sobie, co powiedziała mi Ewa, tyle że teraz patrzyłem na to z diametralnie innej perspektywy.

Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata, kiedy spędzaliśmy ze sobą tyle czasu, ona faktycznie czekała na choćby najmniejszy znak z mojej strony? Nie chciało mi się w to wierzyć, ale przecież wyraźnie mi to zakomunikowała.

Było jeszcze za wcześnie, aby zastanawiać się, co by się stało, gdyby w jakiś niewytłumaczalny sposób okazało się, że miała rację i facet, któremu rozwaliła głowę tępym narzędziem, rzeczywiście był zwyrodniałym gwałcicielem i zabójcą. Nie znałem procedur, jakie mógłby w takiej sytuacji zastosować sąd. Nie wykluczałem jednak, że cała sprawa mogłaby się skończyć rewizją wyroku i nadzwyczajnym złagodzeniem kary. W takim przypadku być może Ewa już niedługo mogłaby znowu zamieszkać obok mnie. Drugi raz nie zmarnowałbym takiej szansy.

I wtedy dotarła do mnie myśl, która mnie wręcz sparaliżowała. Jeśli Ewa Murawska w istocie wypracowała w sobie zdolności retrowizyjne, jeśli rzeczywiście spoglądając komuś w oczy, może odgadnąć minione zdarzenia, to…

– Boże święty – szepnąłem i zacząłem sobie przypominać nasze spotkanie na komendzie. Minuta po minucie, sekunda po sekundzie. Próbowałem wydobyć z najgłębszych zakamarków pamięci coś, co mogłoby świadczyć o tym, że Ewa choćby próbowała wtedy przejrzeć moją przeszłość.

Uznałem wreszcie, że nic takiego raczej nie miało miejsca. Była zbyt wzburzona i przejęta sprawą, a także niespodziewanym wyznaniem tego, co do mnie czuła. Czy jednak mogłem mieć pewność?

W żadnym wypadku.

9.

Marzec 2003

Minuty w sądowym holu ciągnęły się w nieskończoność

Siedziałem na niewygodnej ławce, czekając, aż zostanę poproszony do sali rozpraw numer cztery. Po raz pierwszy od ponad roku miałem spojrzeć w oczy Ewie, która kolejny raz zasiadała na miejscu dla oskarżonych.

„Spojrzenie w oczy” nie było najtrafniejszym określeniem. Dziesiątki mijających mnie osób ze słabo ukrywanym zainteresowaniem spoglądały na faceta w ciemnych lustrzanych okularach. Wielu z nich z pewnością brało mnie za niewidomego. Najważniejsze było to, że nikt nie mógł spojrzeć mi w oczy.

Dzień wcześniej odwiedziłem lekarza. Zdiagnozował zapalenie spojówek i zalecił noszenie ciemnych okularów, nawet w zamkniętych pomieszczeniach. Sztuczka z solą wcieraną w oczy była wprawdzie bolesna, ale za to bardzo skuteczna.

Odruchowo sięgnąłem do kieszeni marynarki, by upewnić się, że orzeczenie lekarskie wciąż w niej tkwi.

Wszystko zdarzyło się poniekąd na moje własne życzenie. Sprawy przybrały zupełnie nieoczekiwany obrót i musiałem stawić im czoła najlepiej, jak potrafię.

*

Po naszym październikowym spotkaniu Sławek zaczął działać jak burza.

Na kluczach odnaleziono odciski palców Zakrockiego. Wdowa po nim nigdy nie widziała takich kluczy. To tylko potwierdziło podejrzenia. Kolejne czynności odkrywały coraz to nowe fakty związane z przeszłością zamordowanego.

Sławek spotkał się ponownie z Ewą. Najdokładniej jak to było możliwe, opisała mu ona miejsce, które udało się jej zobaczyć podczas retrowizji. Z jej opinii wynikało, że może chodzić o jakąś miejscowość, w której znajdowało się osiedle domków letniskowych. Takich w naszej okolicy było sporo. W dodatku policyjny nos podpowiedział mojemu przyjacielowi, że litery na przywieszce niekoniecznie musiały być inicjałami zamordowanego. Zjeździł setki kilometrów, aż wreszcie trafił do miejscowości Zarzecze Osada.

Jeden z domków wyglądał na zupełnie opuszczony. Sąsiedzi od wielu miesięcy nie widzieli mężczyzny, który w nim wcześniej bywał. Od nich też Sławek dostał namiary właściciela posesji, po czym spotkał się z nim i dowiedział, że domek został wynajęty na pięć lat „panu, który zapłacił za cały okres z góry”.

– Czy to ten mężczyzna? – zapytał Sławek właściciela domku, pokazując zdjęcie Zakrockiego.

– Tak. To pan Jasiewicz. Czy coś mu się stało?

– Można tak powiedzieć – odrzekł mój przyjaciel.

Nazwisko Jasiewicz było – rzecz jasna – zmyślone, ale kto pyta o dowód, gdy delikwent płaci z góry?

Po tym zdarzeniu jedynym problemem było uzyskanie nakazu przeszukania posesji w kolonii domków w miejscowości Zarzecze Osada. I na to znalazł się jednak sposób.

Sławek wysłał do komendy powiatowej anonim o takiej mniej więcej treści:

Szanowny Panie Komendancie!

Uprzejmie informuję, że w domku, który wynajmuje pan Jasiewicz w miejscowości Zarzecze Osada, działy się różne podejrzane rzeczy.

Kilka miesięcy temu słyszałam tam krzyki i wołanie o pomoc. Myślę, że mogło się tam wydarzyć coś naprawdę strasznego. Proszę o interwencję.

Zaniepokojona

Pierwszą czynnością, którą podjęła grupa policji dowodzona przez Sławka, było dokumentne rozkopanie ogródka. Po piętnastu minutach natrafili na pierwsze zwłoki.

Sekcje zwłok trzech kobiet jota w jotę potwierdziły wizję Ewy.

Teraz miałem zeznawać jako świadek. Sławek nie zawahał się, gdy chodziło o dobro Ewy i w prokuraturze poinformował o jej retrowizjach, wskazując mnie jako osobę, która pierwsza się o nich dowiedziała. Nie przeszkadzało mu, że może oberwać za to, że załatwił nasze widzenie.

„Facet ma jaja” – pomyślałem dokładnie w tym momencie, gdy otworzyły się drzwi do sali i strażnik sądowy wywołał moje nazwisko.

*

W tych pedalskich ciemnych okularkach z pewnością wyglądałem jak kosmita.

Mogłem postawić każde pieniądze na to, jak zareaguje sędzia, którą okazała się energiczna chuda kobieta koło pięćdziesiątki.

Stanąłem przy balustradce dla świadków.

– Proszę świadka, niech świadek zdejmie okulary.

– Proszę wysokiego sądu – odezwałem się niepewnie – mam zaświadczenie lekarskie, że muszę ich stale używać. Bardzo przepraszam, ale… – ciągnąłem, idąc w jej kierunku z białym świstkiem w dłoni.

Popatrzyła krytycznie na to, co jej podałem.

– No dobrze – burknęła. – Skoro tak, to może w nich świadek zostać. Proszę wrócić na miejsce.

Gdy szedłem z powrotem, Ewa była na wyciągnięcie ręki. Zauważyłem jej zaniepokojone spojrzenie i z trudem pohamowałem uśmiech, myśląc z satysfakcją, że nie może spojrzeć mi prosto w oczy.

10.

Kwiecień 2003

Dwa tygodnie później odwiedził mnie Sławek z wiadomością, że wszystko idzie po naszej myśli.

– Miras! – mówił podekscytowany. – Może się okazać, że Ewka wkrótce będzie wolna. Jest szansa, że dostanie trzy lata za przekroczenie granic obrony koniecznej. Biorąc pod uwagę fakt, że przesiedziała ponad rok i nie sprawiała żadnych problemów, może wyjść za dobre sprawowanie już w lipcu! Miała szczęście – ta sędzia to straszna kosa na facetów, zdeklarowana feministka. Oczywiście, sąd drugiej instancji może jeszcze zaostrzyć wyrok, ale chyba nie będzie tak źle.

Popatrzył na mnie uważnie.

– A co ty? Nie cieszysz się?

Przywdziałem na twarz sztuczny uśmiech.

– No coś ty. Oczywiście, że się cieszę – zapewniłem. – Trzeba będzie to oblać.

– No pewnie, ale już we trójkę, nie?

– Jasne, że we trójkę.

Następnego dnia udałem się do pośrednika w obrocie nieruchomościami.

11.

Czerwiec 2003

Miała zostać zwolniona z więzienia za niecałe trzy tygodnie, dziesiątego lipca.

Stałem przed klatką, po raz ostatni spoglądając na blok, w którym się wychowałem. Zastanawiałem się, jak Ewa zareaguje, gdy po wyjściu zapuka do mojego mieszkania i otworzą jej obcy ludzie.

O mojej przeprowadzce nie widział nikt, nawet Sławek. Odsprzedałem udziały w naszej spółce wspólnikowi i za uzyskane środki kupiłem małe mieszkanko pod Trójmiastem. Zmieniłem też nazwisko. Wiedziałem wprawdzie, że w razie potrzeby tak doświadczony policjant jak Sławek bez problemu mnie namierzy, jeśli zechce, ale miałem nadzieję, że uszanuje moją decyzję o nagłym zniknięciu. Zresztą, zamierzałem do niego zadzwonić następnego dnia i poprosić go o to.

Wynająłem niewielką halę w Sopocie na warsztat samochodowy, dzięki któremu zamierzałem urządzić się w nowym miejscu. Miałem całą kwotę uzyskaną ze sprzedaży mieszkania, więc byłem pewien, że bez problemu przetrwam okres rozkręcania interesu.

Westchnąłem i ruszyłem do auta. Cały mój majątek zmieścił się do passata kombi. Meble, szpargały i kupa ubrań – to wszystko wylądowało na śmietniku albo zostało przekazane potrzebującym.

Usiadłem za kierownicą i przekręciłem kluczyk w stacyjce.

Po chwili, nie wyłączając silnika, wyszedłem na zewnątrz i otworzyłem tylną klapę. Z leżącej na wierzchu walizki wydobyłem zdjęcie Ewy. Moje ulubione, na którym uśmiecha się tak, jak tylko ona potrafi. Zabrałem je ze sobą i położyłem na siedzeniu pasażera.

Tuż obok małego znicza.

*

Zatrzymałem samochód w niewielkim lasku, jakieś trzysta metrów za ostatnimi zabudowaniami miasta. Zgasiłem silnik, sięgnąłem po znicz i wyszedłem na zewnątrz.

Zbliżał się wieczór, a w powietrzu wciąż było czuć upał mijającego dnia. Koszula przywarła do spoconych pleców. Zastanawiałem się, czy było mi gorąco z powodu gorąca, czy z emocji, które od pewnego czasu towarzyszyły mi, gdy pojawiałem się w okolicach tego miejsca.

Tamten jesienny wieczór tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku był zupełnie inny. Chłodny i szary. Padał drobny deszcz.

Jechałem od znajomych po grillu. Uparłem się, że będę wracał, chociaż wcześniej wypiłem kilka piw i trochę wódki. Nie zamierzałem jeszcze wracać do domu, o czym powiedziałem gospodarzom. Myśleli, że wybieram się w przeciwnym kierunku. Nigdy później niczego nie podejrzewali i dzięki temu nie naprowadzili policji na mój ślad.

Z naprzeciwka jechał samochód na długich światłach. Chciałem odwdzięczyć mu się tym samym i także włączyłem długie. Zaczął trąbić, a ja wymachiwałem pięścią w kierunku niewidocznego kierowcy. Gdy znów spojrzałem na drogę, było za późno i nic już nie mogłem zrobić.

Pierwsza z dziewczynek odbiła się od maski jak piłka. Później znaleźli ją kilka metrów od drogi z pogruchotanymi nogami. Zawsze już będzie jeździła na wózku. Druga poleciała na wprost i zaraz potem poczułem, jak koła przejeżdżają po jej ciele.

Zatrzymałem samochód. Leżała na poboczu i – jak mi się zdawało – zginęła na miejscu. Gdzieś z oddali usłyszałem jęk drugiej z dziewczynek. Rozejrzałem się wokół siebie. W dali, na prostej drodze majaczyły jeszcze tylne światła samochodu, który mijałem tuż przed wypadkiem. Nikogo więcej nie zauważyłem.

Bóg mi świadkiem, że przez wiele długich nocy śniłem o tym, jak dzwonię wtedy po pogotowie, po chwili przyjeżdżają, by z powodzeniem uratować życie i zdrowie tym dzieciakom. Niestety, tylko we śnie mogłem się zdobyć na coś takiego.

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie. Dojechałem do warsztatu i przez całą noc pracowałem nad tym, by następnego dnia nie było najmniejszego śladu na karoserii. To było łatwe – byłem przecież świetnym, znanym w okolicy lakiernikiem.

Nazajutrz wszystkie lokalne media trąbiły o wypadku. Okazało się, że dziewczynka, którą przejechałem, prawdopodobnie przeżyłaby, gdyby ktoś natychmiast udzielił jej pomocy lub wezwał pogotowie.

Leżały obok drogi przez dłuższy czas (dlatego nie ustalono dokładnej godziny zdarzenia). Wreszcie znalazł je przypadkowy rowerzysta…

*

Stanąłem obok białego skromnego krzyża, zmówiłem krótką modlitwę i zapaliłem znicz. Wsiadając do samochodu, jeszcze się rozejrzałem, czy aby na pewno nikt mnie nie widział.

Wziąłem do ręki fotografię. Ewa przypatrywała mi się z uwagą.

„Całe szczęście, że to tylko zdjęcie” – przeszło mi przez myśl.

Byłem pewny, że patrząc na mnie w ten sposób, nie odkryje prawdy.

– Retrowizje nie działają poprzez zdjęcie, prawda? – upewniłem się, wypowiadając pytanie na głos.

Nie odpowiedziała.

Pogładziłem jej włosy na zdjęciu. Dotknąłem oczu i ust.

– Lepiej, żebyś nie wiedziała o mnie całej prawdy – odezwałem się znów. – Wystarczy, że ja ją znam, Ewuś, i muszę z tym jakoś żyć. Trzymaj się, kochana i… przepraszam, że tak to wszystko spaprałem.

Ruszyłem ze świadomością, że mam przed sobą długą i cholernie trudną drogę.