Pójdę trochę w poprzek

(fragment wywiadu dla miesięcznika LAMPA, nr 10/2011)

Stefan Darda wyjawia sekrety swoich horrorów z Roztocza
Jarosławowi Urbaniukowi i Łukaszowi Orbitowskiemu

URBI & ORBI: Jak myślisz, dlaczego nie dostałeś Zajdla?

STEFAN DARDA: O ostatecznym rozstrzygnięciu w przypadku tej nagrody decydują osoby obecne na Polconie. Nie jestem zbytnio zaangażowany w działalność Fandomu, więc taki, a nie inny werdykt nie jest dla mnie zaskoczeniem. Niemniej jednak, same nominacje są powodem do wielkiej satysfakcji. Wszak na rynku literatury fantastycznej jestem obecny dopiero od trzech lat...

Na Polconie słyszeliśmy nawet legendy o Dardowym komando, którego liczni przedstawiciele kradli karty do głosowania, a potem zakreślali ciebie. To jak w końcu jest. Pilnujesz tego Zajdla, czy nie pilnujesz?

– O niecnej działalności „dardowych komandosów” dowiedziałem się telefonicznie od zaprzyjaźnionego pisarza obecnego na Polconie. Traktuję tego typu informacje z przymrużeniem oka. Nie wiem, czy coś takiego w ogóle miało miejsce, a jeśli tak, to – jak widać – nawet zorganizowane bojówki nie są w stanie wpłynąć na ostateczny, zapewne sprawiedliwy werdykt konwentowiczów. I dobrze.

My jednak dociśniemy. O co właściwie, Stefan, chodzi? Pojawiła się pierwsza książka i wraz z nią plotki, że coś kombinujesz z Zajdlem, że namówiłeś wszystkich kolegów, żeby głosowali na ciebie, czy coś takiego.

– Moja pierwsza książka (Dom na wyrębach) miała premierę trzy lata temu i od razu została nominowana do Zajdla. Polacy są specjalistami od tworzenia teorii spiskowych, więc natychmiast pojawiły się podejrzenia o to, że Darda gra nieczysto. Przyczynkiem do tego typu podejrzeń było wsparcie Domu na wyrębach i mnie (jako „sympatycznego człowieka”) przez raczkujący wówczas internetowy kwartalnik fantastyczno-kryminalny. Nie wierzę w to, by takie poparcie mogło zaowocować nominacją do najbardziej prestiżowej nagrody polskiej literatury fantastycznej. Byli też tacy, którzy twierdzili, że „Darda ma bardzo dużą rodzinę”. Nikt z krytyków nie wziął natomiast pod uwagę tego, że książka po miesiącu od premiery miała dodruk i potem w dalszym ciągu cieszyła się sporym zainteresowaniem. Nie zamierzam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Cieszy mnie natomiast fakt, że po ogłoszeniu tegorocznych nominacji (przypomnę – nominowano dwie moje książki i jedno opowiadanie) tego typu mętne spekulacje należały do rzadkości.

Myślisz, że chodziło o to, że jesteś człowiekiem z zewnątrz. Wiesz, nikt cię nie inicjował, ani nie namaścił, wydajesz w wydawnictwie nieznanym przeciętnemu fantaście i generalnie piszesz o innych rzeczach niż wszyscy.

– To, że w momencie premiery mojej pierwszej książki byłem „człowiekiem z zewnątrz” nie ulega najmniejszej wątpliwości. Od tamtej pory minęło trochę czasu, a ostatnio, co ciekawe, widziałem książkę wydaną przez Videograf, czyli drukujące mnie wydawnictwo, na drugim miejscu wśród bestsellerów Empiku. To dość znamienne, prawda? Faktem jest, że przed Domem na wyrębach niczego nie publikowałem prozą. Faktem jest też, że przeszedłem zwyczajną drogę początkującego autora, wysyłając tekst do kilkunastu wydawnictw. Trzeba pamiętać, że środowisko Fandomu to jedynie część czytelników. Nie jestem w stanie zliczyć w tej chwili liczby odbytych przeze mnie spotkań autorskich w bibliotekach, domach kultury, szkołach… Te spotkania nie brały się znikąd. Otrzymuję też wiadomości od bibliotekarzy, że do wypożyczenia moich książek ustawiają się kolejki. Nie mówię o tym po to, by się chwalić. Odnoszę się do kwestii zawartej w pytaniu i odpowiadam: być może właśnie tematyka zawarta w moich powieściach i sposób jej podania „podszedł” miłośnikom literatury – w tym również (jak dotąd) niekoniecznie gustującym w literaturze fantastycznej.

Właśnie. Ile tych spotkań było? Jesteś chyba jednym z nielicznych pisarzy "lokalnych", z bazą czytelników zlokalizowaną na ziemi przemyskiej.

– Nie do końca. Mieszkam obecnie w Przemyślu, ale pochodzę z Lubelszczyzny i akcja moich książek umiejscowiona jest właśnie w obecnym województwie lubelskim. Na Podkarpaciu miałem stosunkowo niewiele spotkań. Zdecydowana większość z nich odbyła się na Lubelszczyźnie. Do tego dochodzą spotkania w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Toruniu… Gdybym miał „strzelać” to szacowałbym ich ilość na mniej więcej osiemdziesiąt, a więc – jak na trzy lata – chyba całkiem niemało.

Masz dane z wydawnictwa, który region Polski najbardziej chłonie Dardę?

– Nie, ale podejrzewam, że – jak dotąd – to południowy wschód Polski (czyli Lubelszczyzna i Podkarpacie). Niemniej jednak cieszy mnie też coraz większe zainteresowanie w innych regionach. Najlepsze dowody na to mam w mailach kierowanych do mnie poprzez stronę autorską, z których wynika, że wiele osób zamieszkujących inne części Polski zamierza, po lekturze moich książek, na własnej skórze przekonać się, czy na Polesiu Lubelskim i Roztoczu „rzeczywiście jest tak fascynująco”. Niektórzy już byli i sobie chwalą.

Jesteś jednym z czterech polskich Stephenów Kingów, ale polskich pisarzy pisujących o prowincji jest chyba jeszcze mniej. Myśliwski, po części Pilipiuk. Czemu tak, u diabła, się dzieje? Wszyscy tylko miasto, miasto, miasto.

– Czytelnik to bardzo szczwana i inteligentna bestia. Nienawidzi, gdy się go oszukuje, ale z drugiej strony potrafi docenić dbałość o szczegóły. Ja bardzo dużą wagę przywiązuję do szczegółów właśnie. W obu tomach Czarnego Wygonu, a po części w Domu na wyrębach, starałem się jak najwierniej oddać nie tylko topografię miejsc, ale też charakterystykę ludzi zamieszkujących tereny, o których pisałem. Trzeba w tym siedzieć, trzeba wielokrotnie być w opisywanych miejscach. Aby napisać jedną scenę Słonecznej Doliny zdarzyło mi się przejechać kilkaset kilometrów. To czasochłonne, ale również satysfakcjonujące, gdy ktoś potem napisze, że w opisane miejsca trafił jedynie po lekturze książki, bez pomocy turystycznych map i przewodników.

A lokalsi na Lubelszczyźnie wiedzą kim jesteś? Idzie szept przez wieś "o! pisorz przyjechał"?

– Nie wiedzą. Zawsze staram się być jak najbardziej anonimowy podczas takich wypraw. Choć często towarzyszą mi zaciekawione spojrzenia. Choćby na cmentarzu, gdy spisuję z nagrobków lokalne nazwiska. A potem zdarzają się niecodzienne sytuacje, jak chociażby ostatnio, gdy na moim spotkaniu autorskim w Zamościu pojawił się Rafał Gielmuda z Krasnobrodu. Kto czytał Czarny Wygon wie, że te dane dokładnie pokrywają się z danymi mojego bohatera literackiego…

Straszydła też masz ludowe. Tam u Was to dalej skrzat mleko kwasi?

– (…)

Ciąg dalszy w miesięczniku LAMPA, nr 10 (91) październik 2011.